9:55

Wierzę że o 9:55, tzn. tuż przed 10:00 rano lub po prostu ścisłym przedpołudniem każdego dnia powszedniego kolejnego tygodnia bez celu, wena – zwana dalej natchnieniem – bezprecedensowo sięga zenitu. Gdyby tylko wstawanie, było równie pociągające w swej powszedniej kompensacji każdego dnia, wielu twórców znalazłoby się o wiele bliżej osiągnięcia statusu artysty, albo utraty go przed zdobyciem. Albowiem zaprawdę powiadam wam niedoszli i przeszli artyści na papierze, wirtualnie, muzycznie etc. Ojcowie waszego stylu pracowali, pracowali i jeszcze raz pracowali. Spacerując, spacerując, spacerując. Pijąc kawę, nie paląc, od czasu do czasu przeżywając orgazm zamknięty w dłoni, w kobiecie lub w jej miękkich ustach (chociaż w przypadku niektórych z tych bardziej znanych, to sam już nie wiem). Kreśląc wersety i kolorując kratki zeszytu w formacie A4 (nie mniejszym), strugając ołówki i czyszcząc swoje pisarskie amfibie z kurzu, jedząc schabowe na obiadach w drogich restauracyjach i pijąc wino na spotkaniach. Kurwa – byli pisarzami, muzykami, malarzami. Byli. Artystami tak jakby. Mistrzami słowa, nut bądź pędzla. Autorytetami życia. Ilu ich było. Ach, ilu jest nadal, a ilu będzie się jeszcze gryzło o ten zaszczyt. Ilu gotowych jest nawet smarować siebie i innych gównem. Takim prawdziwym, z wnętrza człowieka. Organicznym gównem popędów i fascynacji.

Wierzę że każdy z nich, nie tylko tych szlachetnych baronów, arystokratów, książąt sztuki, natury starej i młodej, równo o 9:55 przeżywał nieopisany, nieokreślony, tajemniczy i misterny akt oderwania duszy od ciała. Duszy, która w tej właśnie pięćdziesiątej piątej minucie godziny dziewiątej rano kładła się na ich kartkach, klawiaturach maszyn i rozpisywała siebie na atomy sylab w aromacie kawy parzonej – nie sypanej, w dymie papierosa zamkniętego brunatną, długą fifką, w tłustych włosach krótkiego twórczego snu i jeszcze świeżego dowodu ejakulacji w spodniach. Dusza potrafi artystę zaskoczyć zawsze, bez względu na dzień, godzinę, datę, pogodę – cokolwiek. Ale żeby nie być przygotowanym na 9:55 rano, to już szczyt chamstwa, niedbalstwa, ignorancji i pychy. Ci wszyscy literaccy notable, w stanie porannego rozkładu zaczynają obnażać się z dusz, bym później ja – mały robak – chciał czytać te wersety pisane nieświeżym oddechem, te poezje klejących się snem powiek.

Jednak ten obraz rzeczywistości jest przeterminowany. Dzisiaj wielki mały artysta o 9:55 zaczyna drugą lekcję, przeżywając religijne uniesienie w gorliwej modlitwie wznoszonej ku niebu: „Panie zmiłuj się nad nieprzygotowaną posturą mego wątłego umysłu, niezdolnego do opanowania wszelkich prawd fizyki”. Chowa w trzęsących się dłoniach stres przed kolejną kartkówką z rozbioru zdań lub jak prawdziwy chrześcijanin, nadstawia drugi policzek w obliczu sromotnej przegranej z równaniem uzbrojonym w aż dwie niewiadome. Późnym popołudniem odpali splifa, bo życie geniusza muzyki jest cięższe niż myślisz i wypuści z siebie chmurę wersów o tym, jak w swoich nowych najkach podbija kobiece serca wódką i coca-colą z Tesco. Niejeden dzisiejszy artysta-geniusz, młodszy niż polska demokracja lecz starszy ponad 200 lat od Mozarta, pytany o kompozycje sprawnie formułuje odpowiedź typu: „Już dawno temu wyrosłem z nut. Mam bit maszynę i gramofony.”

Z pewnością dzisiejsza 9:55 różni się od tej sprzed kilku lat w świecie muzyki. Z pewnością.

Oczywiście ta skrajnie przekoloryzowana, kontrastowa egzemplifikacja, dość wyraźnie wpisuje się w muzyczną rzeczywistość dyskryminowanego w całej swojej rozciągłości świata polskiego hip hopu. Mało tego, dyskryminacja którą mam na myśli, nawet w miligramie nie może być spełniona. Hip hop od samego początku nie był dopuszczany do artystycznego świata. Stoi z boku w szerokich spodniach, dziurawych trampkach, z petem w pysku i dłubie z nudów w nosie, kombinując skąd by tu zdobyć hajs na kolejnego gieta albo gdzie oprócz ulicy szukać inspiracji, bynajmniej artystycznych. Nie da się niestety schować do kieszeni faktu, potwierdzającego powyższą regułę. Wystarczy typowego twórcę hip hopowego postawić obok muzyka jazzowego i sprawnie zweryfikować wiedzę muzyczną, wizję twórczą, wrażliwość, talent, warsztat i nastawienie. Wnioski nasuwają się same. Ale czy poszczególne gatunki muzyczne, czy w ogóle prądy artystyczne w sztuce powstały tylko i wyłącznie po to, aby wzajemnie sobie dogryzać? Zapewne nie, ale bez względu na nurt artysta to skomplikowany mechanizm, działający wbrew wszelkim etyczno-moralno-logicznym instrukcjom. Hip hop, rozumiany nie tylko jako nurt sztuki ale w ogóle wątek życia, niemalże od zawsze chłonął nieprzychylne mu opinie. Pozwalał aby każdy, począwszy od prostego człowieka aż po reprezentującego intelektualne elity burżuja, mógł przykładać do jego rozgorączkowanego ciała zimne kompresy stereotypów. Każdy, bez względu na wykształcenie, płeć, wyznanie czy pozycję społeczną, mógł swobodnie dać upust własnej frustracji, wyżywając się na tym niepełnoletnim nurcie muzycznym. Mieszać go z błotem, nadając mu cech lumpenproletariackich i spychać na twórcze dno, mając przy tym w pełni świadome, społeczne przyzwolenie i błogosławieństwo. Po 12 latach istnienia dochodzi do paradoksu. Żaden twórca hip hopowy nie może być jednocześnie artystą. Tendencyjne teksty, nigdy nie niosące ze sobą jakichkolwiek wartości estetycznych, daleko odbiegają od norm poetyckich
i literackich. Muzyka – tworzona przez młodzików nie mających zielonego pojęcia o tonacjach, oktawach i taktach. Graffiti – nigdy nie będące nawiązaniem do jakichkolwiek nurtów malarskich, traktowane od zawsze jako wandalizm. Breakdance – odbierany jako kolejna dziedzina sztuki cyrkowej, ocierająca się w większym stopniu o akrobatykę niż nowatorską, futurystyczną formę tańca. Każda z dziedzin zresztą, wyraźnie odbierana była jako kalectwo sztuki, jakieś jej wynaturzenie, karykaturę wpisywaną w młody wiek okresu dojrzewania, objawiającego się buntem. Wszystko to doprowadzało jednak przede wszystkim do spłycenia mentalności hip hopowego twórcy. System skojarzeń ulepił w głowie przeciętnego Polaka obraz hip hopowca, daleko odbiegający swym kształtem od realiów. Mało tego. Obraz, zabijający wszelką chęć połknięcia prawdy. Świat hip hopu podzielił się na tych, którzy nie dość silni by przeciwstawić się masowym atakom, przybrali wizerunek jaki im przypisano oraz na tych, którzy zamknęli się w hermetycznej bańce, by topić się w sosie trawionym tylko przez samych siebie. Asymilacja zatruła w ostateczności całe to skrajnie nastawione do świata polskiej kultury środowisko, uruchamiając proces powolnego rozkładu czy nawet gnicia. Na efekty takiego stanu nie trzeba było długo czekać. Z jednej strony komercyjne media najadają się uśmiechniętymi, młodymi chłopakami w bluzach z kapturem i w szerokich spodniach. Z drugiej zaś underground, jako alternatywa, doznaje palpitacji z nadmiaru wrażeń w postaci konserwatywnie wykładanych zasad, wedle których świat ma pojmować hip hop lub na odwrót. „9:55” przestała odgrywać jakiekolwiek znaczenie w życiu twórcy hip hopowego pomimo tego, że w całej swojej karierze oddawana jej była tylko namiastka uznania. Powstały kategorie, rankingi, schematy, klasyfikacje, a nawet notowania. Zmutowaniu uległy wartości, innowację wyżarły z apetytem trendy, styl tworzenia został zastąpiony stylem bycia. Gdzie jest miejsce na sztukę?

Oczywiście, nie popadając w totalny sceptycyzm i nie generalizując, dostrzegam Tych którzy za pośrednictwem hip hopu tłamszą odbiorców, oceniających tę dziedzinę sztuki po pozorach i wpychają im do przełyków konkretną jej wizję. Ale niestety jest ich wciąż za mało, bym w końcu przestał wierzyć w hip hop, a zaczął wierzyć jego twórcom.

~ - autor: jazzukontrasty w dniu maj 3, 2008.

Dodaj komentarz